Odwiedzin na stronie: 274175
 
Wybierz wersje / choose language:
PL
EN
DE
 
 
Szukaj w serwisie:  
 
Szukaj

  POD NR  TEL. 502 205 495 INFORMACJI  O TREKKINGACH UDZIELA PRZEWODNIK  UIMLA. ZAPRASZAMY NA WEEKENDY DO PARKU NARODOWEGO SŁOWACKI RAJ,  W SŁOWACKIE TATRY WYSOKIE  ORAZ NA GERLACH. NOWOŚCIĄ W NASZEJ OFERCIE JEST TREKKING WOKÓŁ MONT BLANC TRADYCYJNIE, Z PLECAKIEM NA PLACACH, OD SCHRONISKA DO SCHRONISKA. ZAPRASZAMY !!!!  SZCZEGÓLNIE POLECAMY SUPER TREKKING W PIRENEJACH FRANCUSKICH I HISZPAŃSKICH.

Nasza oferta
 
Pireneje 2008 - wrażenia uczestniczki - część francuska I

Pireneje Centarlne
Pireneje - na pograniczu dwóch światów. 17 - 30.08.2008r.


17 sierpnia Wyruszamy o 8:18 z Piły, w Poznaniu jesteśmy zgodnie z rozkładem jazdy. Ciąg dalszy podróży

to pociąg Poznań - Katowice. Ponieważ jedziemy dzień po trąbach powietrznych, które nawiedziły południowo-zachodnią Polskę troszkę się niepokoję czy aby nie doszło do jakiś uszkodzeń na trasie. Wykrakałam. Stoimy przez godzinkę z okładem w szczerym polu przed Kędzierzynem-Koźle. Na szczęście do Katowic udaje nam się dojechać na styk, czyli jeszcze przed odjazdem naszego autokaru. Wyjazd z Katowic przewidziany był na godzinę 18:00 i tak też wyjeżdżamy. Zajmujemy strategiczne pozycje na końcu autobusu. Mamy cały tył dla nas trzech, pełen luzik. Oby tak było do końca. Po drodze do granicy zbieramy resztę uczestników łącznie z organizatorami tej "imprezy" czyli

z Anią i ze Zbyszkiem. Grupa podoba mi się bardzo bo jest mała!!! Tylko 22 osoby plus 3 osoby z biura SUPER! Pierwszy wsiadał Mariusz, który jest przewodnikiem tatrzańskim z uprawnieniami do prowadzenia wycieczek po wszystkich górach Europy. Na miejscu dołączą do nas jeszcze dwie osoby, które postanowiły jechać własnym samochodem (Danusia i Ryszard). Dzięki takiej liczbie osób w autobusie jest pełen komfort praktycznie każdy może się niemal położyć. Czekają nas trzy dni jazdy "bez trzymanki" czyli bez przerwy. Ten komfort jazdy jest więc dosyć istotny. Na granicy ze Słowacją jesteśmy około 21:00. Krótka przerwa i ...allez! Ruszamy!



18 sierpnia Około godziny 13:00 dojeżdżamy do naszego pierwszego miejsca noclegowego, miejscowości położonej we Włoszech mniej więcej 60 km od Genui, czyli również 60 km od Morza Śródziemnego, Acqui Terme. Tutaj spędzamy resztę dnia. Po szybkiej kąpiel

Są i inne zabytki, ale nie bardzo jesteśmy w stanie zgadnąć z czym mamy do czynienia. Nic nie szkodzi, robimy trochę fotek i siadamy w kawiarni. Kawa i lody w tym kraju są najlepsze na świecie, fundujemy je sobie

z przyjemnością. Delektujemy się słońcem, ciszą, spokojem emanującym z tego miejsca, no i oczywiście włoskimi smakami. Pierwszy posiłek mamy dopiero o 20:30, nigdzie nie musimy się śpieszyć, kontynuujemy zwiedzanie miasta, przechadzamy się po uliczkach starego miasta, a potem po parku.



19 sierpnia Wyruszamy wcześnie, jeszcze przed 8:00, aby jak najszybciej dotrzeć do Francji, i do naszego hotelu

u podnóża Pirenejów. Chcemy też uniknąć korków na autostradzie. Przez większość dnia jedziemy wzdłuż Morza Śródziemnego mijając kolejno zjazdy do słynnych francuskich kurortów: San Remo, Nicea, Cannes, Marsylia, Avignon, Nimes, Montpellier. Szaleńcy fotograficzni robią namiętnie zdjęcia "przez szybkę", czyli z autokaru. Ja wychodzę z założenia, że zdjęcia robi się w tych miejscach, w których się rzeczywiście przebywa a nie tylko przejeżdża. No ale jeżeli ktoś lubi maniacko "strzelać" zdjęcia to proszę bardzo. Pod wpływem sugestii kilku uczestników wycieczki organizatorzy decydują się zjechać do słynnego Carcassonne.

i ruszamy na miasto. Miejscowość, jak sama nazwa wskazuje, słynie z wód termalnych. Stare miasto szczyci się katedrą z XVII wieku.

 

Mamy co prawda tylko pół godziny na zwiedzenie średniowiecznych murów ale tłumy, które tu spotykamy szybko zniechęcają nas do dłuższego pobytu w tym miejscu. Kilka zdjęć, próba przebicia się przez tłum w głąb warownego miasta i mamy już dosyć. Ruszamy dalej przez Tuluzę i Lourdes do Argeles-Gazost. Po krótkich poszukiwaniach trafiamy do naszego miejsca zakwaterowania, czyli do village de vacances. Nasza "wioska wakacyjna" jest położona na obrzeżach miasta, dojeżdżamy do niej już po ciemku około godziny 21:30. Wbrew informacji Zbyszka, który straszył nas tylko zimnymi przekąskami w ramach kolacji Francuzi witają nas ciepłym posiłkiem, i co najsympatyczniejsze również winem, które będzie serwowane przez cały czas naszego pobytu do każdej kolacji

w ilości zgodnej z naszymi życzeniami, zupełnie za darmo!!! Jestem w Raju czy co? Jest to najzwyklejsze vin de table, ale smakuje wszystkim. Kocham wino, jestem więc skłonna już teraz stwierdzić, iż wyjazd zaliczam do bardzo udanego. Po kolacji zakwaterowujemy się w swoich pokojach i idziemy spać. Hotel nie należy do luksusowych, jestem nawet skłonna twierdzić, że jest to raczej lepszej klasy schronisko, a nie hotel. Najważniejsze jednak, iż jest czysta pościel, wygodne łóżko, dodatkowe koce, gorąca woda, świeże ręczniki, niczego więcej nie potrzebuję

do szczęścia.


Średniowieczne mury Carcassonne.

Mamy co prawda tylko pół godziny na zwiedzenie średniowiecznych murów ale tłumy, które tu spotykamy szybko zniechęcają nas do dłuższego pobytu w tym miejscu. Kilka zdjęć, próba przebicia się przez tłum w głąb warownego miasta i mamy już dosyć. Ruszamy dalej przez Tuluzę i Lourdes do Argeles-Gazost. Po krótkich poszukiwaniach trafiamy do naszego miejsca zakwaterowania.Nasza "wioska wakacyjna" jest położona na obrzeżach miasta, dojeżdżamy do niej już po ciemku około godziny 21:30. Wbrew informacji Zbyszka, który straszył nas tylko zimnymi przekąskami w ramach kolacji Francuzi witają nas ciepłym posiłkiem, i co najsympatyczniejsze również winem, które będzie serwowane przez cały czas naszego pobytu do każdej kolacji

w ilości zgodnej z naszymi życzeniami, zupełnie za darmo!!! Jestem w Raju czy co? Jest to najzwyklejsze vin de table, ale smakuje wszystkim. Kocham wino, jestem więc skłonna już teraz stwierdzić, iż wyjazd zaliczam do bardzo udanego. Po kolacji zakwaterowujemy się w swoich pokojach i idziemy spać. Hotel nie należy do luksusowych, jestem nawet skłonna twierdzić, że jest to raczej lepszej klasy schronisko, a nie hotel. Najważniejsze jednak, iż jest czysta pościel, wygodne łóżko, dodatkowe koce, gorąca woda, świeże ręczniki, niczego więcej nie potrzebuję

do szczęścia.

 

20 sierpnia Pobudka o poranku. Śniadanie ustaliliśmy na godzinę 7:15 i tego będziemy się trzymać przez większość dni. W autokarze jesteśmy już o 7:45. Czeka nas około godziny jazdy po "serpentynkach" także mimo, iż mamy do przejechania po 30-40 kilometrów do punktu wymarszu, trochę trwa pokonywanie górskich dróg.

I TRASA: Cirque de Gavarnie - la Grande Cascade - Plateau de Paille - Hourquette d Alans

Jedziemy do miejscowości Gavarnie. Trochę krążymy po uliczkach w poszukiwaniu parkingu. Nie jest to wcale łatwą sprawą. Parkingi są ale przy hotelach i tylko dla klientów tychże hoteli. Paranoja! W końcu udaje nam się dogadać z tubylcami. Oczywiście rozpoczynamy od poszukiwania toalety, która w ramach dowcipu jest na drugim końcu ulicy. Wreszcie wyruszamy. Jest 10:00, na szczęście dzisiejszy dzień jest tylko dniem rozruchowym. Każdy sprawdzi swoją kondycję, samopoczucie, czy buty są wygodne, jakie są nasze możliwości jako grupy. Na początku pogoda nie zachęca nas do robienia zdjęć, wyższe partie gór otacza nieprzenikniona mgła. Wyruszamy z wysokości

1 365 m n.p.m. łatwą drogą wzdłuż rzeki Gave. Idziemy powolutku, po drodze mijamy drewniane tabliczki informujące nas dokąd zmierzamy. Poza tym brak oznakowań, które są tak charakterystyczne na polskich czy włoskich szlakach. Ścieżka jest zresztą banalnie prosta, turystów dużo, nie zgubimy się - to pewnik. Dochodzimy do punktu widokowego przy schronisku. Przed nami rozpościera się coś nieprawdopodobnie potężnego i pięknego cyrk lodowcowy Gavarnie (Cyrki lodowcowe, czyli kotły powstawały w wyniku postępujących po sobie zlodowaceń. Cyrk to półkoliste zagłębienie otoczone z trzech stron stromymi ścianami, a z czwartej ryglem skalnym.). Odkrywamy widok potrójnych koncentrycznych stopni, pionowych ścian, srebrzystych kaskad, z których największa mierzy 423 metry. Uwieńczony szczytami o wysokości ponad trzy tysiące metrów cyrk lodowcowy ma 3,5 km

u podstawy i 14 km na szczycie. Cyrk Gavarnie, wielbiony, rozsławiany i podziwiany, każdego lata gości renomowany festiwal, a zimą zamienia się w stację narciarską, oferującą przepiękne trasy zjazdowe. Jesteśmy na wysokości 1 570 m n.p.m. Mgły powoli opadły, naszym oczom ukazał się wyraźnie cały kocioł, ze szczytami pokrytymi wiecznym śniegiem i wodospadami, z tym największym na całą Europę - la Grande Cascade.

 


Pireneje. Trzy Marzeny i Cyrk Gavarnie w tle.
 

Robimy sobie krótką przerwę na zdjęcia i posiłek, a następnie ruszamy w kierunku największego wodospadu, część osób podchodzi tuż do kaskady, na wysokość około 1 700 m n.p.m. Oczywiście mnie nie mogło zabraknąć. Robię zdjęcia wodospadu z bliska, obiektyw pokrywa się mgiełką kropel wody. Pogoda zdecydowanie poprawiła się. Patrząc ze ściany cyrku Gavarnie widzimy naszą drogę do tego miejsca, prześliczną dolinkę otoczoną wysokimi drzewami, gdzieniegdzie w dolinkach zatrzymały się małe obłoki, widok jest po prostu magiczny, aż szkoda stąd ruszać.

 

 Jednak zimne wody wodospadu przywracają nas do rzeczywistości, jeżeli nie chcemy nabawić się kataru czas na dalszą drogę. Schodzimy do schroniska i dalej, po podziale na dwie grupy, kierujemy się w stronę przełęczy Alans. Grupa ambitniejsza (13 osób + przewodnik tatrzański, Mariusz) dojdzie do przełęczy, pozostała garstka wejdzie do schroniska: refuge des Espuguette 2 043 m n.p.m. Droga prowadzi przez las iglasty, drzewa są tutaj bardzo wiekowe co oceniamy po ich wysokości i wielkości, pokryte porostami świadczącymi o czystości tutejszego powietrza, staramy się więc oddychać bardzo głęboko, to naturalne SPA J. Najpierw wychodzimy na polankę, przy której znajdujemy małe schronisko, jesteśmy na Plateau de Paille. W oddali dostrzegamy kolejne schronisko, większe, położone u stóp wysokiej ściany skalnej będącej częścią cyrku Gavarnie. Postanawiam ruszyć nieco szybciej, za mną pędzi niezmordowanie Józefina, a dalej Marzenna. Oczywiście gubię szlak i idę na tzw. żywioł. Józefina zostaje w tyle, krzyczy coś za mną, że zgubiła drogę, a kto by się przejmował drogą!


Pireneje Centralne. Dolina Gavarnie
 

Widzę mój cel w postaci schroniska i do niego muszę dobrnąć, niemalże wspinaczkowo. Uf! Dotarłam, słońce daje popalić, na niebie ani jednej chmurki, wiatr w zaniku, piękne widoki. Przy schronisku natykam się na dwa osły broniące dostępu

do drzwi schroniska. Ludzi zero, robię zdjęcia i czekam na resztę ekipy. Osiołki są wyraźnie zainteresowane naszymi plecakami, dokarmiamy je czym popadnie, nawet cukierki eukaliptusowo-miętowe nie zostały wzgardzone. Efekt jest natychmiastowy robią się coraz bardziej napastliwe, jakoś jednak sobie radzimy. Przewodnik prosi nas o większą subordynację, ustawiam się więc grzecznie za nim i ruszamy na przełęcz: Hourquette d Alans 2 430 m n.p.m. Niektórzy jednak nie wytrzymują tempa oraz drogi naszego przewodnika i zaczynają stosować skróty, czym doprowadzają go do lekkiej irytacji. Postanawia zrobić psikusa towarzystwu, które poszło na skróty i zmieniamy trasę, zamiast iść w kierunku przełęczy skręcamy na szczyt Pimene 2 801 m n.p.m. Mariusz oczekiwał, iż towarzystwo spanikuje i cofnie się do nas. Nic z tego, porozsiadali się na skałach i czekają. Krzyczą do nas, gdzie my się wybieramy, ale my udajemy głuchych. Niezła zabawa, właściwie to mogliśmy pójść na ten szczyt, niestety przewodnik poddaje się i wracamy na szlak w kierunku przełęczy.  La Hourquette, czyli przełęcz jest dosyć wąska dzieli dwa cyrki lodowcowe: Gavarnie i cirque d Estaube. Wygląda to niesamowicie bo oba cyrki są zupełnie inne, Gavarnie - zimny, z ogromnymi ścianami, wśród nich dostrzegamy szczelinę to Wrota Rolanda, tego z "Pieśni o Rolandzie"; Estaube - zielony, z licznymi oczkami jeziornymi, zdecydowanie łagodniejszy w swej postaci. To trzeba zobaczyć, żadne słowo nie odda tych widoków.

 Robimy zdjęcia, jemy i rozmawiamy, każdemu te góry przypominają jakieś inne miejsce, które już widział. Dla mnie są one bardzo różnorodne trochę w nich Tatr zachodnich, trochę ścian dolomickich, trochę nowości. Powoli zbieramy się do zejścia. Mimo, że zaczynam na końcu, bo zostaję aby wykonać parę zdjęć, to i tak na dół docieram pierwsza, ale za plecami czuję "oddech" Mirka. Niezły biegacz, nie uciekałabym przed nim gdyby nie posiadał kijków. Panicznie obawiam się, że kiedyś jakiś "zawodnik" wbije mi je w łydkę, jest to moją obsesją coraz większą, bo coraz więcej ludzi chodzi z kijami trekkingowymi. Gdyby jeszcze umieli z nimi chodzić. Wracamy do miejscowości Gavarnie, na rogatkach spotykamy Anię i Zbyszka (naszych pilotów, przewodników, organizatorów tej wycieczki) informują nas o której odjeżdżamy, mam czas na zakup pocztówek, znaczków i wody. Oczywiście zegarka nie posiadam, ale ryzykuję, chyba beze mnie nie odjadą? Udało się! Nawet nie byłam ostatnia w autobusie. Punkt 18:00 wyruszamy do naszego hoteliku, kolację jemy o 20:00. Pyszna, a to wino... J Bajka!!!

 

21 sierpnia Dzień nieprawdopodobnie słoneczny. Mieliśmy iść wg planu na wrota Rolanda, a potem część grupy

na Monte Perdido. Plany uległy jednak zmianie ponieważ organizatorom nie udało się zarezerwować noclegu

w schronisku. Tutaj należy dokonywać rezerwacji w schronisku rok wcześniej!!! Ale odlot! Tylko skąd organizatorzy mają wiedzieć ile osób będzie chętnych na ten wyjazd, bez szklanej kuli ani rusz. W związku z tym wyruszamy

na spokojny trekking w innym regionie. Organizatorzy nie poddają się, będą ciężko myśleć nad tym w jaki sposób zrealizować program wycieczki i za to jestem im wdzięczna.

II TRASA: Cauterets - Vallee de Gaube - Col d Arraille - Vallee de Lutour

Wyruszamy z parkingu na obrzeżach miejscowości Cauterets, jest godzina 9:30 pogoda cudownie słoneczna, widoczność przepiękna, droga bardzo popularna przynajmniej na początku naszego szlaku. Spotykamy wielu Francuzów, oczywiście "Bonjour!" towarzyszy nam na każdym kroku. Idziemy wzdłuż rzeki, która najpierw prowadzi nas do Mostu hiszpańskiego (Pont d Espagne) - most jest zbudowany z wielkich kamieni, i dalej doliną Gaube docieramy do Lac de Gaube 1 725 m n.p.m. Czas na kawę, zdjęcia i oczekiwanie na całą ekipę. Dzień należy do tych bardzo łagodnych jeżeli chodzi o pokonywanie wysokości, idziemy nieśpiesznie, bo po co być wcześniej tam, gdzie można być później. Zostaję z tyłu i w ramach poprawienia swojej wymowy zagaduję napotkaną Francuzkę. Obchodzę połowę jeziora Gaube razem z nowo poznaną osobą jest bardzo sympatyczna. Robię jej zdjęcie z jeziorem w tle, obiecuje mi, iż w albumie napisze, że to Polka zrobiła jej zdjęcie, jak miło.

Rozstajemy się, bo ona zamierza obejść całe jezioro, a moi ludzie "popędzili" już dalej w kierunku schroniska Oulettes de Gaube. Doganiam ich za szybko, po chwili zatrzymujemy się na krótki postój fotograficzno-jedzeniowy, korzystam z okazji i ulatniam się po angielsku. Po drodze do schroniska można podziwiać przepiękne wodospady, ściany skalne otaczające tę dolinę oraz wyłaniający się powoli lodowiec, który częściowo pokrywa najwyższy

po stronie francuskiej szczyt pirenejski: Vignemale 3 298 m n.p.m.


Pireneje Centralne. Masyw Vignemale (3298 m n.p.m.) z 800-metrową ścianą Grand Vignemale
 

Doganiam jednego z naszych, Gerarda, też uciekł dyskretnie. Dochodzimy do refuge Oulettes de Gaube 2 151 m n.p.m. Niektórzy są wypompowani, chcą czekać na słabszą grupę i schodzić, resztę czeka jeszcze wejście na przełęcz. Mariusz nie może się zdecydować, którą przełęcz wybrać, ja oczywiście jestem za tą wyższą, z ciekawymi, bo aż pięcioma jeziorami rozpościerającymi się po jej przekroczeniu. Prawie udaje mi się go przekonać, niestety liczba chętnych na pójście z nami rośnie, a im więcej ludzi, tym wolniejsze tempo. Wybieramy wariant łatwiejszy, wchodzimy piarżyskiem na przełęcz Col d Arraille 2 583 m n.p.m. Piarg wygląda tu inaczej niż w Dolomitach, są to wielkie i bardzo chybotliwe kamienie. Trzeba być ostrożnym aby nie złamać nogi bądź nie polecieć na tzw. pysk.

 

Kornel, Mirek, Paweł i oczywiście ja ruszamy w dół wcześniej od innych. Czeka nas długie zejście. Osobiście lubię schodzić a właściwie zbiegać, niestety chłopcy nieco mnie przyblokowali. W końcu udaje się ich wyminąć, znikam błyskawicznie. To jest to co tygryski lubią najbardziej J. Przede mną powoli wynurza się kolejna dolina, do której zmierzamy Vallee de Lutour. Rozpoczyna ją bądź kończy (to zależy skąd się idzie) jezioro Lac d Estom

1 804 m n.p.m. Schodząc z przełęczy mogę je oglądać w całej okazałości, przy jeziorze przycupnęło schronisko, mam wrażenie deja vu. To miejsce bardzo przypomina mi Dolinę Pięciu Stawów, a to moja ukochana dolina tatrzańska, jest więc nadzwyczaj piękne. Skracam sobie drogę, schodzę ze ścieżki i idę na przełaj do refuge d Estom po jakiś wertepach, dołkach, przez chwaścisko. Normalna to ja nie jestem, okazuje się, iż za mną pognał Paweł, wyłania się zza pagórka wypompowany, ale i rozpromieniony. Przynajmniej jest nas dwóch wariatów.

Potem już normalną ścieżką schodzą Mirek i Kornel. Nie wiemy co robić, czekać na resztę czy iść dalej. Odpoczywamy przy jeziorze, chłopaki decydują się na moczenie nóg w zimnych wodach lac d Estom. Postanawiam ruszyć dalej, powroty są zawsze nieco nużące, ale ta dolina jest bardzo ciekawa, częściowo prowadzi przez las, chroniąc mnie chociaż częściowo przed słońcem, którego dzisiaj było za dużo. Jest już godzina 17:00 a my nadal

na szlaku. Mijam kolejne przepiękne wodospady, mosty, łąki, istna sielanka. Dochodzę do parkingu i knajpki

la Fruitiere. Niestety naszego autokaru tu nie ma to droga tylko dla samochodów osobowych. Czeka nas jeszcze kilka kilometrów po asfalcie z "laczka", popijając piwko czekam na resztę ekipy. Do naszego autobusu, który zatrzymał się w Cauterets dochodzimy o godzinie 19:00. To był długi, fajny widokowo, słoneczny dzień. Kończymy go dobrą kolacją.

 

22 sierpnia Budzę się około 2:00, na dworze szaleje burza. Deszcz leje potężnie i tak już będzie do samego rana. Wstajemy jednak karnie o 6:00, bo dzisiaj mieliśmy iść na Monte Perdido. Ania zmienia jednak plany, decydujemy się na wyjazd do Lourdes, które znajduje się jakieś 40 km od naszej miejscowości, będziemy modlić się o słoneczną pogodę na resztę dni naszego pobytu w Pirenejach.

III TRASA: Lourdes - Gedre - Cirque de Troumouse - Lacs des Aires

Do Lourdes wyruszamy o 8:15, już po godzinie jesteśmy na miejscu. Organizatorzy puszczają nas na tzw. żywioł. Mamy dwie godziny na zwiedzenie świątyni i miasta. Powrót do autobusu planujemy na 11:15, a potem w góry. Na razie wyszło słoneczko, ruszamy dynamicznie w kierunku słynnego kościoła wybudowanego na grocie, w której to nastąpiło objawienie Matki Boskiej. Kiedy już podchodzimy do sanktuarium zaczyna padać deszcz, właściwe to kapuśniaczek, co najciekawsze jednocześnie świeci słońce. Wchodzimy do kościoła położonego najniżej, tłumy są tu dosyć duże, ale ponieważ kościół zbudowany jest z trzech kościołów, jeden na drugim, więc te tłumy jakoś się rozchodzą i nie jest tak źle.


Kościół w Lourdes

Dużo tu chorych na wózkach, trzeba uważać aby na kogoś nie wpaść. Podchodzimy do groty, tutaj zebrało się najwięcej wiernych, po bokach świątyni, jakby w skale znajdują się liczne krany ze świętą wodą. Komercja wkradła się we wszystkie zakątki tego miasta, można kupić prawie wszystko z wizerunkiem świętej Bernadety czy Matki Boskiej, nawet butelki na świętą wodę. Rany Julek, niezły kicz, wszyscy czujemy pewien niesmak. Postanawiamy pochodzić po uliczkach, robimy dziwne zakupy pamiątkarskie, a potem idziemy do kawiarni na ciastko i kawę. Pogoda stabilizuje się, fajnie! Jest nadzieja na wypad w góry. Bez specjalnego żalu wszyscy opuszczamy Lourdes. Miejmy nadzieję iż słoneczną pogodę wymodliliśmy. Wyruszamy do miejscowości Gedre, to kolejny punkt startowy dla wielu wypadów górskich, my wybieramy się do kolejnego cyrku lodowcowego, Cirque de Troumuse. Ponieważ godzina jest już dosyć późna, decydujemy się przejechać przez Gedre, i dojechać autobusem jak najdalej, najwyżej będzie to możliwe. Udaje nam się dotrzeć do parkingu w Heas 1 500 m n.p.m. Pogoda ustabilizowała się, nie ma upału, ale słoneczko przedziera się przez chmurki. Ruszamy około 12:00, jak na turystów górskich zaczynamy zdecydowanie za późno, ale dzisiaj ma być spokojny dzień, w stylu wczorajszego, czyli widokowy, ale nie wysiłkowy. Idziemy w kierunku cyrku, po drodze mijamy wielką łąkę, UWAGA na bomby!!! Krowie odchody są wszędzie, ale samych krów brakuje, za to spotykamy świstaki i owieczki. Dosyć szybko dochodzimy do Cirque de Troumuse 2 081 m n.p.m. z bardzo małymi jeziorkami Lacs des Aires. Niestety gór to my dzisiaj nie pooglądamy. Siadamy przy jeziorach na trawie, posilamy się, pijemy i kontemplujemy nadchodzącą mgłę. W końcu jest takie "mleko", że nie widzimy samych siebie. Szlaku zresztą też nie widać, zaczynamy błąkać się we mgle. Mariusz stara się powstrzymać towarzystwo od samodzielnych wycieczek w tę mgłę, ustawiamy się w szeregu, wystarczy chwila nieuwagi i możemy kogoś zgubić. Niektórzy już spanikowali i sugerują abyśmy wracali tą samą drogą, ja wierzę

w Mariusza, spokojnie analizuje kierunek na mapie, w końcu ruszamy. Idziemy troszkę na czuja, dróżek jest tu mnóstwo, ale nie ma ani jednego kopczyka, znaku, czegokolwiek co pomogłoby nam w wyborze drogi, a jednak udaje nam się trafić w odpowiednie miejsce. Nagle z mgły wyłania się figura Matki Boskiej, niesamowite! Trafiliśmy idealnie.


Pireneje Centralne. La Vierge 2138 m n.p.m.
 

To La Vierge 2 138 m n.p.m. góra, którą mieliśmy zdobyć idąc

w kierunku Le Maillet - parkingu dla samochodów osobowych. Mgła nie odpuszcza, jest już godzina 17:00 nie ma szans na ciąg dalszy trasy do kolejnego jeziora. Musimy zejść asfaltem do Heas, tam czekają na nas kierowcy, którzy zgodnie z wytycznymi, jeżeli nie pojawimy się do 18:00, mają zjechać niżej do Lac des Gloriettes. Idąc drogą, która jest pełna szalonych zakrętów, jak to w górach, nie mamy szans pojawić się w autokarze przed 18:00. Wyrusza ambitna grupa szaleńców: Kornel, Mirek, Marek, Paweł i ja - będziemy biec na skróty, ścinać zakręty, straszyć owce pasące się na skarpach, aby zdążyć przed 18:00 i zatrzymać autokar. Oczywiście mgła nie schodzi, biegniemy więc po mokrej trawie na przełaj często nie wiedząc dokąd, ale jazda! Bawię się świetnie, chłopaki chyba też, przynajmniej Paweł wygląda na zadowolonego. Dobiegamy tuż przed 18:00, jeszcze koło godzinki będziemy czekać na całą grupę. Mimo, że dzień był krótki i trudno go nazwać ekstremalnym jestem bardzo, bardzo zadowolona, ten bieg na szagę miał w sobie dużą dawkę "extrem", prawdziwy cud, że nikt nie skręcił karku, a przynajmniej kostki. Kolację zjadamy po 20:30, winko leje się strumieniami, ale podejmujemy wyzwanie: jutro znowu pobudka o 6:00

i silna ekipa rusza na Monte Perdido.