Odwiedzin na stronie: 274170
 
Wybierz wersje / choose language:
PL
EN
DE
 
 
Szukaj w serwisie:  
 
Szukaj

  POD NR  TEL. 502 205 495 INFORMACJI  O TREKKINGACH UDZIELA PRZEWODNIK  UIMLA. ZAPRASZAMY NA WEEKENDY DO PARKU NARODOWEGO SŁOWACKI RAJ,  W SŁOWACKIE TATRY WYSOKIE  ORAZ NA GERLACH. NOWOŚCIĄ W NASZEJ OFERCIE JEST TREKKING WOKÓŁ MONT BLANC TRADYCYJNIE, Z PLECAKIEM NA PLACACH, OD SCHRONISKA DO SCHRONISKA. ZAPRASZAMY !!!!  SZCZEGÓLNIE POLECAMY SUPER TREKKING W PIRENEJACH FRANCUSKICH I HISZPAŃSKICH.

Nasza oferta
 
Pireneje 2008 - wrażenia uczestniczki, część francuska II
 

23 sierpnia Kto idzie na trzytysięcznik już wiemy, Ania ustaliła to dzień wcześniej. Najpierw Mariusz przedstawił wszystkim drogę: wyruszamy z 2 200 m n.p.m. Najpierw wchodzimy na Wrota Rolanda 600 metrów w górę, potem schodzimy już po stronie hiszpańskiej te same 600 metrów, aby podejść 1 300 metrów na szczyt. Co dalej... ponieważ nie mamy noclegu w schronisku czeka nas taka sama jazda w drugą stronę: 1 300 metrów w dół, 600 metrów do Wrót Rolanda w górę i na koniec 600 metrów w dół. Szacunkowy czas przejścia 12-14 godzin, wg Kornela 20 godzin. W wyniku takiego przedstawienia trasy wariatów na Monte Perdido jest niewielu, oczywiście ja, poza tym: Rysiu, Mirek, Marek i Paweł (pięciu crazy people) plus przewodnik, czyli Mariusz. Pozostali wejdą z Anią

i Zbyszkiem na Wrota Rolanda, a potem będą schodzić do Cirque de Gavarnie.

IV TRASA: Col de Tentes - Breche de Roland - Monte Perdido - La Tour - Breche de Roland - Col de Tentes

Na przełęczy Tentes 2 208 m n.p.m. jesteśmy dopiero o godzinie 9:00, niestety górskie drogi nigdy nie są proste. Mariusz goni nas do wyruszenia, przy dobrych wiatrach będziemy tu z powrotem około 21:00. Obowiązkowo musimy mieć ze sobą raki i to właśnie one doprowadzają mnie do szału. Nie mam na nie pokrowca wiszą więc przymocowane za pomocą pasków na wierzchu plecaka. Każde otwarcie plecaka wiąże się ze zdejmowaniem raków, a potem ponownym przymocowywaniem. Dosyć to denerwujące, ale nic innego nie zrobię. W plecaku mam aparat fotograficzny, którego nie chciałabym porysować metalowymi kolcami raków. Początek trasy jest łatwy, idziemy wzdłuż potężnej ściany skalnej asfaltową drogą, na drodze leżą liczne większe i mniejsze kamienie, których nie ruszano od dobrych kilku lat. Dochodzimy do Port de Boucharo 2 270 m n.p.m. Za chwilę dogania nas reszta grupy, oczywiście rozpoczęła się pierwsza sesja zdjęciowa. Trawersujemy zbocze szczytu Le Taillon, dochodzimy do ściany skalnej, po której spływają zimne wody z lodowca. Mimo, że jest już godzina 10:00 kamienie są zamarznięte, a my musimy po tych kamieniach wspiąć się do schroniska. Na szczęście jest łańcuch, ślizgam się na tych kamieniach, woda leje się na głowę, ale jazda! Już zaczynam myśleć o drodze powrotnej, jeżeli będziemy wracać po ciemku i te kamienie będą takie śliskie jak teraz, to nie ma szans, roztrzaskam na nich głowę. Kto by się jednak przejmował takimi sprawami, na razie idziemy w górę. Dochodzę do schroniska, robię chłopcom zdjęcie z góry, ich cienie układają się na zboczu gór, super. Jesteśmy przy Refuge de la Breche  na 2 582 m n.p.m. Rysiu postanawia zamówić sobie zupę, nie ma mocnych, mamy czas na długą sesję zdjęciową. Od początku uważam, iż idziemy za wolno, robimy za dużo zdjęć, za dużo przerw. Zemści się to na nas później... Rozpoczyna się lodowiec, widzimy idących nim ludzi, nie mają raków. Nachylenie stoku jest na tyle spokojne, iż też decydujemy się nie zakładać naszych. W ogóle ich dzisiaj nie założę, targamy to żelastwo zupełnie bezcelowo. Wreszcie jesteśmy na wrotach - Breche de Roland 2 807 m n.p.m. W rzeczywistości jest to szczelina, która powstała w wyniku erozji skały, szczelina dosyć dużej szerokości.


Pireneje, Wrota Rolanda 2 582 m n.p.m.

Ściana dzieli dwa światy, po stronie francuskiej, z której przyszliśmy, jest świat zieleni, po stronie hiszpańskiej, do której się udajemy, świat pustyni. Wrota są niesamowitym punktem, tutaj sesja zdjęciowa po prostu musi trwać. Schodzimy z wrót i decydujemy się na lekkie szaleństwo, nie schodzimy zupełnie w kierunku kolejnego schroniska tylko trawersem kierujemy się na Monte Perdido. Po kamieniach i piargach, a później schodzimy na łączkę, idziemy na całkowitą intuicję mapa jest kompletnie nieprzydatna, szlak nie istnieje. Po drodze podziwiamy wynurzający się przed nami ogromny kanion - to początek doliny Ordesa. Jest niesamowita, otoczona potężnymi ścianami górskimi.


Pireneje, Valle de Ordesa

Góry, po których depczemy to łupki, na szczęście chodzi się po tym zdecydowanie lepiej niż po piargu, nie sypie się, nie utrudnia marszu. W końcu wynurza się Monte Perdido i jej siostry. Nazwa Monte Perdido i sąsiadujących z nim szczytów wywodzi się z aragońskiej legendy o trzech siostrach, noszących imiona Marboro, Perdido i Ramond. Słynące z urody siostry usiłowali porwać wojownicy sąsiedniego plemienia. Gdy te stawiły porywaczom zdecydowany opór, w nierównej walce poniosły z rąk napastników śmierć . Obcy ukryli ciała zamordowanych, ale następnego dnia, gdy wiatr rozwiał mgły w okolicznych górach, wysoko nad doliną ukazały się, nigdy wcześniej nie widziane, pokryte dziewiczą bielą, trzy szczyty. Podchodzimy dalej, teraz już niby wg jakiegoś szlaku. Trasę znaczą poszczególni turyści widziani niżej, bądź wyżej na skałach oraz kopczyki, które są poukładane rzadko i kapryśnie, czyli niekoniecznie wskazują dobrą drogę. Tutaj czeka nas cały czas droga "do nieba", czyli w górę, i w górę. Gubimy się jeden raz, bo idziemy za głosem jakiś dwóch dziewczyn, okazuje się, iż one wcale nie idą na szczyt tylko siedzą na skałach i głośno dyskutują. Wycofujemy się i wspinamy mozolnie dalej, dochodzimy do przełęczy jest godzina 15:00. Mariusz z przykrością stwierdza, iż nie damy rady, jesteśmy za późno. O tej godzinie powinniśmy już być na szczycie, a przed nami jeszcze około 450 metrów ostrej, trudnej ściany. Boi się wracać po ciemku granią, której nie zna. Wcale się mu nie dziwię, gdybyśmy robili krótsze postoje wcześniej, i szli szybszym tempem to może by się nam udało. Nie znaliśmy jednak drogi, pchała nas intuicja, nie byliśmy pewni kierunku, a w takim wypadku trudno iść szybko i pewnie. Robimy postój przy jeziorku Lago Helado 2 950 m n.p.m. Zjadamy resztę prowiantu, robimy zdjęcia i powoli zbieramy się do odejścia. Mariusz postanawia zaryzykować i wracać inaczej, wyższym trawersem. Szlaku oczywiście nie ma, ale do tego już przywykliśmy, prowadzą nas kopczyki. Trawersujemy Monte Marboro, najpierw po kamlotach, potem po płatach śniegu, chłopaki mają kije, więc czują się w miarę bezpiecznie, a ja bez żadnej asekuracji czuję się mniej komfortowo, nic to: Dam radę!


Trawers na ścianie Monte Marboro

Wychodzimy na drogę łupkową, wygląda to niesamowicie, jakbyśmy znaleźli się na innej planecie. Zaczynamy błądzić, kierujemy się na grań, bo taką drogę wskazują nam kopczyki. Przypadkowo zdobywamy La Tour

3 009 m n.p.m. Przed nami pojawia się przepaść, nie tędy droga. Schodzimy i szukamy jakiejś innej drogi, każdy ma swoją wizję dalszej drogi, rozłazimy się w różne strony, w końcu Mirek krzyczy, że widzi jakąś ścieżkę, jestem w połowie drogi między nim, a resztą, która poszła w przeciwnym kierunku. W końcu znowu biegniemy na grań za Mariuszem, Mirek miał jednak rację, zaczynamy schodzić do punktu, w którym już byliśmy. Przewodnik zauważył jakieś dwie osoby na skałach, idą w naszym kierunku, może oni znają drogę. Czekamy, to Francuzi, więc na mnie spada problem dogadania się jak wrócić do Wrót Rolanda, niestety Francuzi też tego nie wiedzą. Mirek przekonuje nas jednak do swojej opcji, ruszamy. Jeszcze dwa razy spotkamy Francuzów, idą od wrót Rolanda w kierunku monte Perdido, po drodze czeka nas dużo trawersów po śniegu, na szczęście są ślady poprzedników. To daje nam szansę dotarcia tam gdzie zakładamy, czyli z powrotem na Breche de Roland. Mirek dodaje gazu, ja za nim, schodzimy kominem o mało co nie skręcając karków, reszta gdzieś nam zginęła. Na szczęście zauważam Pawła

 i Rysia na śniegu, oni mnie też. Nie widać za to ani Mariusza, ani Marka. Mirek totalnie nas "olał" i poszedł sobie

w długą. Czekam chwile, dostrzegam kolejną osobę podchodzącą do Ryśka i Pawła, jestem przekonana, że to Mariusz. Ruszam za Mirkiem, którego już dawno nie ma. Idę na totalnego czuja, bo nie ma tu ani ścieżki, ani kopczyków, ani innych śladów. Trawersem pokonuje kolejną półkę skalną, wreszcie dostrzegam w oddali Mirka, jednak czekał. Jak mnie zauważa rusza dalej, dochodzę do ściany zabezpieczonej łańcuchem, to o nim wspominali Francuzi, uf!! Idziemy dobrze, co za ulga. Ściana wzdłuż której muszę przejść jest rzeczywiście pozbawiona jakiejkolwiek półki, przejście bez łańcuchów byłoby niebezpieczne, a tak udaje się szybko pokonać najtrudniejszy kawałek, potem jest już łatwiej technicznie, ale za to ostre słońce i cały dzień marszu zaczynają dawać mi się we znaki. Mam absolutnie dosyć tego bezchmurnego nieba, czuję, iż zaraz umrę na tej ścianie. Mirek zniknął, tych z tyłu też nie widać, jestem całkowicie sama, wyczerpana maksymalnie. Co 10 kroków siadam i ciężko oddycham, co jest grane? Czyżby udar słoneczny? W końcu decyduję się założyć okulary przeciwsłoneczne. O rany!!! Nie mogłam zrobić tego wcześniej! Od razu lepiej, słoneczko przestało mnie tak męczyć, teraz już mogę iść bez przerwy. Wchodzę na Wrota Rolanda, Mirek już poszedł dalej. Jest około 18:00, jeszcze jasno, ale powoli zaczyna się ochładzać, nie czekam na przewodnika z chłopakami, idę za Mirkiem do schroniska. Czeka tam na mnie. Nie chcę schodzić po ciemku na parking, cały czas pamiętam te zamarznięte kamloty, które są jeszcze przed nami. Po kwadransie decydujemy się na zejście do parkingu, naszych nadal nie widać. Dzień był bardzo słoneczny ilość wody spływającej z lodowca podwoiła się, teraz naszemu zejściu towarzyszy istny tajfun wody, leje się nam na głowy, plecy, mamy spodnie mokre do kolan. Jest jednak jeden plus, lód odpuścił i kamienie nie są już oblodzone, co za tym idzie nie są śliskie, ale ulga, całkiem fajne się po nich idzie. Słońce powoli chowa się za górami, na parking jesteśmy o 20:00, ja marzę o gorącej herbacie, a Mirek o zimnym piwie. Na dole stoi dużo samochodów osobowych, ale niestety nie ma naszego autokaru. Dlaczego!!!??? Kompletnie zapomniałam, że kierowcy też muszą jeść, a kolacje zaczynamy o 20:00, tego dnia wyjątkowo zaczęli ją konsumować o 19:30, ale i tak dojadą do nas w środku nocy, po 22:00. Jesteśmy na 2 200 m n.p.m. słońce ogrzewa nas ostatnimi promykami, robi się coraz zimniej. W samochodach siedzą Francuzi, czemu nie jadą do domów? Zaczynam rozmowę z jednym z nich. Okazuje się iż będzie spał tutaj, na przełęczy, w samochodzie, aby jutro o 4 rano wyjść w góry i dojść na Monte Perdido, kiedy mówię mu, o której my wyruszyliśmy patrzy na mnie jak na świra. Teraz już wiem czemu nie zdobyliśmy szczytu.

 


Pireneje, Col de Tentes 2 200 m n.p.m.

Dokładnie po godzinie od naszego przyjścia pojawiają się pozostali uczestnicy dzisiejszego szaleństwa: Ryszard, Marek, Paweł i Mariusz. Jest już zupełnie ciemno, pojawiają się poszczególne konstelacje gwiezdne na nieboskłonie, i mimo, że jest nam strasznie zimno i tak humory nam dopisują. Po 22:00 przyjeżdżają kierowcy ze Zbyszkiem, w autokarze nie ma niestety gorącej herbaty, za to jest włączona klimatyzacja!!!! Nadal jest mi potwornie zimno, siedzę opatulona we wszystkie rzeczy, mam dosyć. Do hotelu dojeżdżamy po północy, zjadamy zimną kolację, popijamy winem i znowu świat staje się sympatyczny i kolorowy. Mimo wszystkich niedogodności czuję się usatysfakcjonowana, szliśmy w fajnym tempie, zobaczyliśmy magiczny świat pirenejski po stronie hiszpańskiej, mieliśmy zwariowaną przygodę z Monte Perdido, czyli "Zagubioną górą", czego więcej do szczęścia potrzeba?

 

24 sierpnia Kolejny słoneczny dzień z przepięknymi widokami. Przechodzimy dwiema dolinami mijając po drodze niższe i wyższe szczyty oraz mniejsze i większe jeziora. To dzień, w którym podziwiamy potęgę gór oraz spotykamy stado orłów krążące nad naszymi głowami.

V TRASA: Cauterets - Chalet du Clot - Vallee du Marcadau - Lac du Pourtet - Lac Nere - Refuge Wallon - Pont D Espagne

Na szlak wyruszamy około godziny 10:00, słoneczko świeci ostro, my mamy do przejścia długą dolinę z licznymi jeziorami, dzisiejszy dzień jest typowym trekkingiem bez specjalnych przewyższeń. Pierwszy odcinek prowadzi nas Doliną Marcadau wzdłuż rzeki o tej samej nazwie do schroniska Chalet du Clot. Idziemy w tempie marszu żałobnego, przy schronisku długo odpoczywamy. Potem powoli ruszamy drogą, która oprowadzi nas dookoła jezior, aby wrócić do punktu wyjścia, czyli do Vallee du Marcadau. Zaczęliśmy od wysokości 1 496 m n.p.m. - najwyżej położonym jeziorem na dzisiejszym szlaku jest Lac du Pourtet 2 420 m n.p.m. - potem schodzimy do schroniska Wallon na wysokość 1 812 m n.p.m. Jedyną niespodzianką na naszej trasie są krążące nad nami orły bądź orłosępy, nikt z nas dokładnie nie wie co to za ptaki, na pewno należą do drapieżników, szybując nad nami okazują całą swoją wielkość, rozpiętość ich skrzydeł jest imponująca. Każdy idzie w tempie jakie mu odpowiada, ja często uciekam do przodu, Kornel też wyraźnie jest zmęczony "szybkością" przewodnika, co chwile wyrywa do przodu. Przy kolejnych jeziorach robimy dłuższe bądź krótsze postoje spożywczo-fotograficzne. Moczymy nogi w zimnych wodach jeziornych, rozmawiamy, wsłuchujemy się w naturę. Pod koniec naszego dzisiejszego spaceru uciekamy

z Tadeuszem, oboje rozgadaliśmy się do tego stopnia, iż nawet nie zauważyliśmy momentu, w którym reszta została gdzieś daleko za nami. Nic to! Zatrzymujemy się przy Moście Hiszpańskim na małe co nieco. Pierwszy dogania nas Paweł, ma ochotę na loda, ale są tylko w pucharkach, w końcu jednak znajduje to o co mu chodziło. Wszyscy są zadowoleni, nawet ja, mimo, że nie było dzisiaj nic ekstremalnego.

 


Pireneje, Valle du Marcadau

25 sierpnia Ostatni dzień we Francji, w związku z tym wyruszamy wcześniej, ale czeka nas dzisiaj krótsza trasa, bo musimy jeszcze dojechać do nowego hotelu już po stronie hiszpańskiej. Pod względem widokowym to najpiękniejszy dzień w Pirenejach francuskich. Nieprawdopodobna zmienność form skalnych, bardzo stare, powykrzywiane formy drzew, cudne oczka jeziorne, góry pełne zagadkowych szlaków, małe caban y - w Polsce można je porównać z bacówkami, w których można się przespać. Zero wygód, jedynie dach nad głową, pełna przygoda z naturą.

VI TRASA: Bareges - Col de Madamete - Reserve Naturelle de Neouvielle - Lac d Oredon

Poranek jest słoneczny, ale chłodny, zwłaszcza, że zaczynamy rozruch na wysokości 1 538 m n.p.m. przed godziną 9:00. Kierowcy starali się dojechać jak najwyżej ponad miejscowość Bareges. Zatrzymujemy się w szczerym polu, tuż przy Jardin Botanique, niestety ogrodu nie zwiedzimy, jest za wcześnie i wszystko zamknięte, przez niski płotek możemy się przyjrzeć kilku okazom botanicznym. Mariusz już ruszył na szlak nie oglądając się na nas. Wiem, że dzień będzie spokojny zostaję więc z tyłu. Robię zdjęcia na przeciwległą dolinkę. Początek trasy przypomina mi łagodne stoki Tatr Zachodnich, powoli nad górami pojawiają się chmurki, które "siadają" na wzgórzach, po czym powoli zaczynają płynąć w naszą stronę.


Pireneje Centralne

Uciekamy przed nimi wspinając się na Toue de la Pegue 2 041 m n.p.m. Wchodzimy w drugą dolinę, chmurki zostały z tyłu, słońce grzeje nas mocno. Krótki postój wykorzystujemy więc na dosmarowanie kremami najbardziej spalonych miejsc na naszych ciałach. Najbardziej imponującymi poparzeniami może pochwalić się Beata, jej plecy,

a zwłaszcza kark wyglądają masakrycznie, Ewa ma natomiast podwójne "skarpetki" na łydkach, trzy kolory naskórka: brązowy, czerwony i biały. Większość stara się ochronić uszy, nosy, usta. Ja mam się w miarę dobrze, byłam już wcześniej opalona dzięki dolomickim ścieżkom, ale i ja czuję pewien dyskomfort w okolicach nosa. Dochodzimy do małej kabany (bacówki) Aygues-Cluses 2 196 m n.p.m. Zastajemy tam grupę Francuzów, spali smacznie w tej drewnianej chatce. Pomagają nam w prawidłowym wyborze ciągu dalszego naszej trasy, bo oczywiście konkretnych wskazówek brak. Krajobraz ulega zmianie, przy kabanie spotykamy owieczki i krówki (nie cukierki!). Pasą się

w kotlinie otoczonej wysokimi górami, ten klimat przypomina nam już bardziej Tatry wysokie, zwłaszcza, że obok kabany oprócz łąki jest też jeziorko, iści jak w Dolinie Pięciu Stawów. Ruszamy dalej wyżej w kierunku przełęczy. Zbyszek jest nieco zdenerwowany, chce dotrzeć na drugą stronę przełęczy jak najszybciej, my natomiast ślamarzymy się niemiłosiernie. Robimy kolejny przystanek przy przepięknym Lac de Madamete 2 299 m n.p.m. Widoki są zniewalająco przepiękne, dookoła nas tylko wysokie szczyty, w spokojnej tafli jeziornej odbiją się poszczególne góry. Wszyscy robimy zdjęcia niczym szaleńcy, Mariusz decyduje się na dłuższą przerwę. Zaczynamy szukać najlepszych ujęć, dokarmiamy pływające w jeziorze rybki, moczymy nogi i zjadamy drugie śniadanie. W końcu po bardzo długiej przerwie kierujemy się na przełęcz: wejście jest łagodne, a widoki niesamowite. Z Col de Madamete 2 509 m n.p.m. roztaczają się niewiarygodnie magiczne krajobrazy, z kierunku, z którego przyszliśmy widzimy w oddali szczyty

z charakterystycznym, bo z umiejscowionym na nim obserwatorium, Pic du Midi de Bigorre 2 872 m n.p.m. Natomiast w kierunku, w którym pójdziemy widzimy całą gammę prześlicznych jezior, to one stanowią główną część Reserve Naturelle de Neouvielle.


Pireneje Centralne
 

Pic de Neouvielle 3 091 m n.p.m. stanowi naturalną granicę tego rezerwatu. Widzimy go również

z naszej przełęczy, wygląda bardzo oryginalnie, sam szczyt stanowi płaską półkę skalną, trochę podobną do tych dolomickich, z dwiema wieżyczkami skalnymi. Wygląda to dosyć ciekawie i nieco śmiesznie. Kolejna sesja fotograficzna jest po prostu obowiązkowa. Godzina 15:00 zmusza nas do szybkiego opuszczenia przełęczy, schodzimy prosto do rezerwatu przyrodniczego. Slalomem omijamy kolejne jeziora, podziwiamy potężne ściany skalne, tym razem podobne do tych w Grecji (Meteory), zachwycamy nieprawdopodobnie poskręcanymi pniami drzew, jesteśmy wniebowzięci. Przynajmniej dla mnie tak powinien wyglądać Raj. Każdy zakręt drogi odsłania przed nami nowe, magiczne miejsce, następne oczko wodne, inne panoramy i krajobrazy.


Pireneje Centralne. Reserve Naturelle de Neouvielle

Pireneje Centralne. Reserve Naturelle de Neouvielle

Staram się nasycić oczy tymi obrazami. Zbyszek jest wyraźnie poddenerwowany, uważa, że idziemy za wolno, dlatego przy kolejnym jeziorze decydujemy się na skręcenie w kierunku asfaltowej drogi i ostatnią część trasy zjeżdżamy autobusem. Rzeczywiście Ania i garstka osób, która dzisiaj z nami nie szła już na nas czekają. Au revoir France! Ruszamy na podbój Hiszpanii.