

Jedziemy bocznymi drogami, które są wyjątkowo kręte, wąskie i niebezpieczne, jak to w górach. Już po stronie hiszpańskiej wjeżdżamy w niesamowity wąwóz, niestety jest już dosyć późno, ciemno, no i jestem przeciwnikiem zdjęć przez okna autokaru, ale koledzy robią zdjęcia. Nie sądzę, aby wyszło im z tego coś ciekawego. Mogę powtórzyć to samo, niczym mantrę: to trzeba zobaczyć, żaden opis ani zdjęcie nie oddadzą niesamowitości naszej drogi. Do nowego miejsca noclegowego dojeżdżamy około godziny 19:00. Jest to hotel mieszczący się na obrzeżach miejscowości Benasque. Opisanie wnętrza naszego hotelu jest zadaniem ponad moje skromne siły. Już samo wejście wygląda odlotowo. Kwiatki w doniczkach na drzwiach, na ścianach, na podłogach, jakieś sztuczne roślinki, porcelanowe rzeźby, drewniane figurki jednym słowem kicz. W holu jest podobnie witają nas wielkie porcelanowe psy.

Liczba "durnostojek" w każdym zakątku hotelu jest porażająca, ale jakoś to wszystko zgrywa się ze sobą i ten kicz jest dla nas do zaakceptowania. Ba! Podoba nam się ten odjazdowy wystrój wnętrz. Dostajemy klucze do pokojów, my mieszkamy na trzecim piętrze. Pokoje są duże z wielkimi łożami, łazienka równie fajna z głęboką wanną
i pięknym lustrem. Durnostojek w pokojach brak, jest za to telewizor i radio. Ogólnie poziom wygód zdecydowanie wyższy od tego we Francji. Schodzimy na kolację, restauracja wyglądem również odbiega od tej francuskiej, ale jedzenie smakowało mi bardziej we Francji. Nie jest źle, wino jednak musimy kupować sami. Siedzimy z Tadeuszem w czwórkę, najpierw On zamawia wino potem my. Po pół butelki na głowę to nie jest znowu tak dużo, ale humory mamy iści szampańskie. Ania zdecydowała, że następny dzień jest dniem w stylu: Róbta co chceta! Sugeruje abyśmy odpoczęli na basenie bądź poszwędali się po miasteczku, które przyrównuje do naszego Zakopanego jeśli chodzi
o jego popularność. Mam nieco "zdezelowane" stopy, wielki pęcherz na podbiciu jednej nogi i małe pęcherze na pięcie drugiej stopy myślę więc, że odpoczynek jest jak najbardziej wskazany. Po kolacji, którą zjadamy po 21:00 można pójść spać. Dziewczyny jednak wyciągają mnie przed hotel na sesję zdjęciową. Na moje szczęście bądź nieszczęście napatoczył się Paweł, koleżanki koniecznie chcą sobie zrobić z nim zdjęcie. Paweł wygląda na lekko przerażonego zgadza się jednak pozować do fotki. Rzuca luźną uwagę, iż chciałby jutro wejść na jakąś górkę, a ja durna (na tym polega moje szczęście bądź jego brak) podchwytuję tę sugestię i wstępnie umawiam się z nim na wyjście w góry o poranku dnia następnego. A miało być tak spokojnie i nudno, że też nie potrafię usiedzieć na miejscu.
26 sierpnia Wejście w stylu alpejskim na Pico de Cerler. Zgodnie z obietnicą, którą dałam Pawłowi wstaję skoro świt czyli około 7:30 J Śniadanie podają od 8:00 więc wcześniejsza pobudka nie miałaby sensu. Schodzę do restauracji. Ha! Nie jestem pierwsza, ale Pawła nie ma. Ruszam na śniadanie w nadziei, że jednak kolega przyjdzie, trudno najwyżej pójdę sama na szlak. Śniadania w Hiszpanii zdecydowanie odbiegają od śniadań francuskich. Jest to szwedzki stół z wypasem na full. Liczba produktów spożywczych jest oszałamiająco wielka i bardzo dobra. Pojawia się Paweł, a już myślałam, że stchórzył. Zjadamy spokojnie śniadanko głośno zastanawiając się co dalej z tak pięknie rozpoczętym dniem. Po tzw. burzy mózgu decydujemy się pójść w kierunku góry, którą widać z mojego okna hotelowego, jeszcze nie wiemy ani jak tam iść, ani jak nazywa się ta górka, ani dokąd dojdziemy. Dzisiejszy dzień śmiało mogę nazwać totalnym żywiołem.
VII TRASA: Benasque-1 120 m n.p.m. - Pico de Cerler-2 409 m n.p.m. - Benasque-1 120 m n.p.m.
Z hotelu wychodzimy po godzinie 9:00. Nie wiemy dokładnie jak mamy iść liczymy jednak na tubylców, bo mapa którą mamy jest mało dokładna. Tylko miejscowi mogą nam pomóc. Okazuje się jednak, że ich znajomość języka angielskiego jest bardzo, bardzo ograniczona. Na szczęście nie zawodzi nas intuicja, zresztą na początku ruszamy zwykłym asfaltem. Nie mamy innej możliwości jakoś trzeba wyjść z miasta. Droga powoli robi się coraz bardziej zbliżona do polnej, dochodzimy do małego osiedla na obrzeżach Benasque. Wąskie uliczki, wysokie kamienne mury, cisza panująca dookoła, no i nieprawdopodobny upał. Znajdujemy jakiegoś człowieka, który wskazuje nam drogę do miejscowości Sarlle. Niesamowite! Jest normalny szlak z żółtymi znakami wskazującymi kierunek. Większa część szlaku prowadzi głębokim parowem. Ma to swoje plusy - otaczające nas krzewy całkowicie chronią nas przed słońcem, które jest dzisiaj bardzo ostre. Ma też minusy - za dużo krajobrazów to my nie widzimy, a w parowie nie ma wiatru. Jest za to duszna i wilgotna atmosfera. Pierwszy dzień w Pirenejach hiszpańskich uświadamia mi, że niby to te same góry, a jednak klimatycznie Francja a Hiszpania stanowią zupełnie inne światy. Stąd i wygląd gór jest odmienny, francuskie są bardziej zielone, hiszpańskie pustynne. Po dobrej godzinie dochodzimy do parkingu znajdującego się na pograniczu miejscowości Cerler =Sarlle (na mapach można znaleźć dwie nazwy dla tego samego miasteczka, osady, wioski?). Jest godzina 11:00 chcemy iść dalej, ale nie ma tu żadnego szlaku prowadzącego na szczyt. Próbujemy się czegoś dowiedzieć w informacji turystycznej, którą znajdujemy tuż przy przystanku. Pan
z biura łamaną angielszczyzną stara się nam wytłumaczyć dalszą drogę. Dziękujemy mu za pomoc i ruszamy we wskazywanym przez niego kierunku. Kawałek asfaltem, a potem skręcamy na łąkę. Oczywiście żadnego szlaku nie ma, za to są wyciągi narciarskie i to właśnie wzdłuż nich idziemy kierując się na nasz prywatny Grunwald. Paweł wyraźnie ma określony cel na dzień dzisiejszy, chce wejść na szczyt widziany z naszego hotelu. Nie przyznaję się do tego głośno, ale również uważam, że skoro doszliśmy tak daleko to czemu nie zdobyć tej górki. Słońce jest już bardzo wysoko, temperatura 40 0C - staramy się chować pod drzewami, niestety większość trasy musimy spędzić w pełnym słońcu. W którymś momencie spotykamy tłustego świstaka, który wcale się nas nie boi. Paweł podchodzi bardzo blisko pstrykając mu zdjęcie za zdjęciem, w końcu świstakowi się znudziło i uciekł. Przed nami ostatni odcinek. Mamy do wyboru dwie drogi: dłuższą normalną czyli turystyczną i teoretycznie krótszą czyli na przełaj po kamieniach. Paweł pędzi pierwszy, myślę sobie, że jak już przebrnęliśmy tak daleko to co mi tam i ruszam za Pawłem. Poruszamy się po potężnym gruzowisku kamieni, od czasu do czasu osuwają się one pod nami. Wywołujemy małe lawiny. Na szczęście nie polecieliśmy razem z tymi kamlotami na pysk, ani nie zrzuciliśmy tych kamieni nikomu na głowę. Na tym piarżysku rośnie dużo jagodzin z przepięknymi jagodami. Nikt po tych ruchomych piargach nie chodzi mamy więc niezłą wyżerkę. Jagody są duże i słodkie, niebo w gębie. Wreszcie dochodzimy do szlaku, przed nami idzie jakaś para starszych ludzi. Idziemy ich śladem wkrótce ich doganiamy i wyprzedzamy. Sam szczyt to znowu kamienie po których wspinamy się mozolnie na górę. Godzina 12:40 Pico de Cerler 2 409 m n.p.m. zdobyte. Spaleni słońcem, szczęśliwi delektujemy się widokami, które są imponujące. Dookoła nas rozpościera się najwyższe pasmo Pirenejów:

Niestety po godzinie 12:00 nad tymi najwyższymi szczytami zaczynają krążyć chmury. Nasz szczyt jest o około
1000 metrów niżej i nam chmury nie zagrażają. Para którą wyprzedziliśmy zdążyła już do nas dojść, słysząc nasze dyskusje podchodzą. Są bardzo sympatyczni. Pokazują nam wszystkie góry, które możemy z tego miejsca zobaczyć. Mówią co nas czeka w dniu następnym czyli w drodze na Pico de Aneto. Paweł jest zachwycony nareszcie znalazł Hiszpana, który biegle mówi po angielsku. Rzeczywiście wcześniej nie mieliśmy takiego szczęścia. Hiszpanie są bardzo uprzejmi na pytanie: "Do you speak english?" odpowiadają: "Yes". Po czym na kolejne pytanie zaczynają odpowiadać po hiszpańsku z pełnym przekonaniem, że my ich rozumiemy. Coś nieprawdopodobnego! Bawimy się jednak świetnie a oni chyba też. Żegnamy sympatyczną parę i zaczynamy schodzić. Paweł chce iść dokładnie tą samą trasą ja nie jestem przekonana co do tego. Staram się ominąć szalone gruzowisko. Uważam, że jest dosyć niebezpieczne. Kamienie są ogromne i bardzo niestabilne w każdej chwili możemy roztrzaskać sobie głowy albo
w najlepszym wypadku skręcić nogę. Paweł poddaje się mojej sugestii. Niestety kamienisty fragment udaje nam się ominąć tylko częściowo. W końcu robimy mały skrót po piarżysku. Kiedy już czuję stabilny grunt pod nogami oddycham głęboko. Teraz już możemy mówić o bezpiecznym powrocie. Odwracamy się i z niedowierzeniem w oczach patrzymy na Pico de Cerler, jeszcze pół godziny temu byliśmy na szczycie.

Z górki idziemy dosyć szybko czasem nachylenie jest tak duże, że prowokuje nas do biegu. Kiedy już jesteśmy
z powrotem w miejscowości Cerler uświadamiamy sobie, iż spędziliśmy ten dzień "ekstremalnie spokojnie" J. Ciekawe co nas czeka dnia następnego: zakwasy i obniżka kondycji? Mam nadzieję, że będzie wszystko O.K.
W Benasque jesteśmy około 16:00 brudni, spoceni, wyczerpani ale jednocześnie szczęśliwi i usatysfakcjonowani
do bólu. Dziękuję Pawłowi za to, że wyciągnął mnie na ten malutki spacerek. Zimny prysznic i chwila relaksu na hotelowym łóżku - potem kolacja, wieczorny spacer po mieście i czas na sen.
27 sierpnia Ostatni dzień w górach: "ale mi jest przykro...".Tym razem będziemy zdobywać kolejny trzytysięcznik
w większej grupce. Uczestnicy to: Józefina, Agata oraz ekipa spod Monte Perdido, czyli przewodnik Mariusz
jak i Rysiu, Mirek, Marek, Paweł oraz moja skromna ale także krąbrna osoba. Musimy wstać okropnie wcześnie,
bo około 4:00, aby zdążyć na pierwszy autobus z Benasque do La Besurta 1 898 m n.p.m. Najbardziej jest mi szkoda pysznego śniadanka, na 4:15 przygotowano nam tylko suchy prowiant w postaci jednej długiej kanapki
i jakiegoś soczku. Spodziewałam się czegoś więcej, ale: asta la vista baby...
VIII TRASA: najwyższa góra Pirenejów - PICO DE ANETO 3 404 m n.p.m.
Pierwszy autobus kursowy odjeżdża z Benasque 1 120 m n.p.m. o godzinie 4:30. Koszmar!!! Żeby na własnych wakacjach wstawać przed 4:00 rano trzeba mieć źle w głowie, a jednak to robię. Nieco nieprzytomna po cichu wynoszę się z pokoju, dziewczyny smacznie śpią. Na dole już jest cała grupa - niesamowite! Brakuje chyba Marka, który pojawia się jednak dosyć szybko nie dając mi nawet szansy na dokładne oprzytomnienie i zapakowanie prowiantu. Do przystanku mamy bardzo blisko mogliśmy wyjść później, ale Mariusz woli być za wcześnie niż za późno. Zupełne przeciwieństwo mojej wizji świata po cholerę się tak śpieszymy. Oczywiście na przystanku jesteśmy pierwsi, ale powoli zaczynają się pojawiać inne grupy świrów. 4:30 podjeżdża autobus, w którym już jest kilka osób. Będziemy jechać do końca drogi asfaltowej jakąś godzinkę, wyciągam więc kanapkę i zjadam połowę popijają soczkiem, a potem zasypiam. Na dworze panują kompletne ciemności. W punkcie startowym czyli La Besurta
1 898 m n.p.m. jesteśmy już o 5:15 ciemności trwają. Wszyscy zakładamy czołówki. Oprócz nas jest duża grupa Hiszpanów. Na szczęście, bo inaczej nie wiem czy trafilibyśmy do schroniska. Mariusz wyraźnie sprawia wrażenie osoby nieco zagubionej czeka aż ruszą tubylcy, a potem dyskretnie przyłącza się do nich. Pędzimy za nim gdyż ciemności są porażające. Lepiej nie zwalniać: "ciemność widzę..." czyli nic J. Idziemy jakąś krętą dróżką najpierw po łące, a potem w górę po kamieniach. Fajnie wyglądamy niczym kosmici, grupa turystów jest bardzo duża. Mamy towarzystwo i przed sobą i za nami. Nie podejrzewałam, że będzie nas tak dużo, może to i lepiej. Miejmy nadzieję,
że miejscowi znają drogę na szczyt. Na razie droga jest spokojna żeby nie powiedzieć nudna. O 6:00 dochodzimy
do schroniska refugio de la Renclusa 2 140 m n.p.m. Ja poszłabym dalej, ale ponieważ Hiszpanie wchodzą
do schroniska my idziemy za nimi. Korzystam z okazji i wypijam kawę przy barze a potem idę do toalety. Stoimy
w przedsionku niezdecydowani przy nas kotłuje się niezła liczba turystów. Wszyscy wyruszają na szlak, ciemności nadal egipskie. Mariusz czeka na kogoś idącego tam gdzie my, bo z Renclusa można też pójść w zupełnie innym kierunku. Podczepiamy się do pierwszych wychodzących ze schroniska, jest 6:15. Nadal po omacku kierujemy się
w stronę potężnego piarżyska. Pierwszy Mariusz, a tuż za nim Józefina, która spowalnia nas maksymalnie. Niebo nad nami jest usiane milionem gwiazd, księżycowy rogalik wynurza się spoza szczytów, powoli nadchodzi brzask. Ciszę przerywają tylko uderzenia kijów trekkingowych, których używają moi współtowarzysze. Agata boi się zostać ostatnia puszczam ją przed siebie i patrzę na drogę z tyłu oraz na ścianę wspinającą się przed nami. Nadchodzi kryzys, kompletnie nie mam ochoty iść dalej. Józefina ciągle coś ględzi do Mariusza chyba, że idziemy za szybko. Zdążyła złamać kija na kamieniach i teraz nie daje mu żyć, pewnie wmawia mu, że to przez jego pośpiech. Ja mam wrażenie okropnej ślamazarności naszych poczynań. Mariusz zachowuje zawsze wolne tempo, a teraz przez Józefinę to tempo jest jeszcze wolniejsze. Dogania nas dwóch Hiszpanów, krzyczę do naszych, żeby ich przepuścić i dyskretnie, kryjąc się za nimi wymijam naszą grupę. Chłopcy idą normalnym krokiem, to lubię! Niestety za chwilę zaczynają zwalniać, wymijam ich i ruszam dalej sama. Teraz to ja prowadzę w nieznane, bo zielonego pojęcia nie mam czy idę dobrze czy źle. Przede mną na szczęście widzę jakieś inne postacie mam więc nadzieję, że dokądś dojdę. Na wschodzie pojawia się pierwsza poświata.

Witaj jutrzenko swobody... Zatrzymuję się i szukam mojej grupy wzrokiem. Słyszę, że krzyczą do mnie. O.K. poczekam na nich. Jestem już prawie na grani, na wysokości około 2 700 m n.p.m. Wyciągam aparat i robię zdjęcia. Szkoda, że nie mam statywu wtedy można by było zrobić ciekawe fotki, a tak to połowa wychodzi ruszonych.

Doganiają mnie nasi, ruszamy na grań, po której to błąkają się niezdecydowani turyści. Hiszpanie chyba też nie znają prawidłowego szlaku. Po wejściu na Crencha de los Portillones, czyli grań łączącą dwa szczyty Pico
de la Maladeta i Pico de la Rencllusa, dostrzegamy potężny lodowiec u podnóża Pico de Aneto. Podziwiamy widoki, robimy pierwsze zdjęcia w pełnym świetle dnia i analizujemy dalszą drogę. Agata przyznaje się, że jest wykończona. Zbliżyliśmy się do magicznego punktu 3 tysięcy metrów, możliwe że dopadła ją łagodna wersja choroby wysokościowej. Na razie decyduje się pójść z nami dalej. Schodzimy z grani i przedostajemy wąską przełęczką a potem kominem w kierunku lodowca pod Pico de Aneto. Teraz czeka nas długa droga po wielkich
i chybotliwych kamieniach w kierunku wiecznego śniegu. Niestety Agata rezygnuje z dalszej wędrówki będzie na nas czekać na kamieniach. Józefina bierze od niej kije i ruszamy dalej. Chłopcy są wyraźnie wyczerpani sposobem bycia Józefiny. Biorą przykład ze mnie i wyrywają się do przodu. Na szczęście dosyć szybko dochodzimy do lodowca Glaciar de Aneto około 3 050 m n.p.m. Po raz pierwszy w moim życiu zakładam raki. Dobrze, że Tadeusz i Paweł pomogli mi je wyregulować! Dzięki chłopcy! Zakładanie raków idzie nam sprawnie. Oprócz mnie jeszcze Marek przyznaje się, że to jego pierwszy raz J. Czeka nas jeszcze jedna miła niespodzianka. Józefina i Mariusz nie mają raków. W związku z tym Mariusz prowadzi Józefinę na linie, a my mamy pełne pozwolenie na pójście do przodu. Mirek wyrwał do przodu jak szaleniec, za nim ja potem Paweł, Ryszard i Marek. Jesteśmy wniebowzięci zwłaszcza Paweł odetchnął z ulgą. Miał dzisiaj mały słowny konflikt z naszą "cesarzową". Chodzenie w rakach spodobało mi się od razu. Bezpieczeństwo zwiększyło się zdecydowanie. Czuję się jak małe dziecko brodzące w śniegu. Od czasu do czasu natrafiamy na lód, który kruszy się pod naszymi ostrymi rakami. Najmniej przyjemne są odgłosy metalu trafiającego na kamień. Lodowiec ciągnie się w górę jakieś 250 metrów. Nie jest bardzo stromy, ale troszkę daje nam w kość. Zwłaszcza że przewodzi nami Mirek, który dostał takiego power a jakby go goniło stado niedźwiedzi polarnych. Dochodzimy do końca lodowca. Zdejmujemy raki i grzecznie czekamy na Mariusza, który ciągnie za sobą Józefinę. Jest już prawie 11:00 powoli nad wyższymi partiami gór zaczynają zbierać się chmury. Wchodzimy na grań. Widoki oszałamiające pod nami całe Pireneje.

Została nam ostatnia przeszkoda dzieląca nas od szczytu Paso de Mahoma - most Mahommeta. Jest to wąska grań zbudowana z dużych, stabilnych bloków skalnych. Mnie przypomina nieco dolomicką ferratę tylko bez ubezpieczeń. To jest to co tygryski lubią najbardziej, chłopcy są innego zdania, głośno przyznają się do lęku, patrzę na nich jak na wariatów. Grań jest rzeczywiście wyeksponowana, ale krótka i wystarczająco szeroka aby przejść nią bez obaw. Mariusz pozostawia nas własnemu losowi i rusza pierwszy na grań. Mirek ustawia się tuż za Mariuszem. Za mną idzie Paweł, Marek i Rysiu. Józefina pozostaje z tyłu. Po pięciu minutach wąskiego przejścia po moście Mahommeta dobrnęliśmy na wierzchołek Pico de Aneto 3 404 m n.p.m. szczycący się potężnym krzyżem, do którego przyczepione są różnorodne proporczyki łącznie z flagą Polski: Nasi tu byli J! Robimy sobie wspólne zdjęcie
i biwakujemy. Po około 5 minutach zauważam na grani Józefinę. Brawo! przemogła swój lęk i przyszła za nami.
Niestety widoczność ze szczytu pogarsza się, powoli napływają chmury. Mariusz przekonuje nas do odwrotu. Schodzimy do lodowca i tu rozdzielamy się. My ruszamy tą samą drogą w rakach, a Mariusz z Józefiną trawersem tuż pod granią szczytową bo zejście bez raków tą samą drogą co my mogłoby się dla nich skończyć mało zabawnie. Wcale nam to nie przeszkadza wręcz odwrotnie jesteśmy szczęśliwi z tego powodu. Lubimy schodzić szybko a raki zapewniają nam stabilność. Po drodze wygłupiamy się maksymalnie: robimy śmieszne zdjęcia, zbiegamy po topniejącym lodowcu i ogólnie można by powiedzieć, że zachowujemy się niczym niesforne nastolatki. Szybko dochodzimy do Agaty, która już trochę zmarzła w oczekiwaniu na nasz powrót. Gratuluje nam sukcesu. Znowu musimy czekać na przewodnika z Józefiną. Mariusz wyraźnie widzi, że nas nie utrzyma przy sobie. Zgadza się abyśmy szli we własnym tempie. Wiadomo co to znaczy rusza silna czwórka: Mirek, Rysiek, Paweł i ja. Pozostali będą schodzić nieco ostrożniej. Zejściu nie towarzyszą specjalne ekscesy. Pierwsi na mecie są: Mirek i ... oczywiście ja. Dochodzimy do schroniska Renclusa około 15:00. Paweł z Ryśkiem troszkę wymiękli, ale po 15 minutach już siedzą obok nas. Po godzinie dobija do nas Mariusz, chwilkę za nim Marek. Ostatnie dochodzą Józefina i Agata. Zaczyna padać deszcz. Zakładamy kaptury i ruszamy w dół do przystanku autobusowego przy którym czeka nas niespodzianka w postaci Ani, Danusi i Basi. Pijemy ostatnie piwo i wracamy do Benasque. Jeszcze nie dociera do mnie naga prawda: This is the end L. Wieczorem przy kolacji stawiam naszemu stolikowi butelkę wina aby opić zwycięstwo nad najwyższą pirenejską górą. Oczywiście na jednej butelce się nie skończyło. "... i ja tam byłem miód
i wino piłem...". Każda opowieść kiedyś musi się skończyć tak jak kończy się przygoda na szlaku.
Na szczęście jest jeszcze wiele gór do zdobycia, wiele miejsc do odkrycia. Czego życzę wszystkim czytającym mój tekst i sobie również.
